niedziela, 15 października 2017

[RELACJA] Juice=Juice - Live Around 2017 in Paris

Kolejna nietypowa notka. Chyba trzeba zacząć myśleć o bardziej ogólnym blogu...
Już drugi raz w tym roku wybrałam się do Paryża na idolkowy koncert. W ramach światowej trasy koncertowej stolicę Francji odwiedził zespół Juice=Juice. Koncert odbył się 17 września w La Boule Noire.

Dla niewtajemniczonych, Juice=Juice to idolkowa grupa, która jest częścią Hello!Project. Zespół został założony na początku 2013 roku, oryginalnie złożony był z sześciu dziewczyn. Podwójne "juice" w nazwie miało oznaczać, że jest to bardzo "świeża" grupa (czy coś w tym stylu:P). Niestety tuż przed oficjalnym debiutem jedna z dziewczyn odeszła i J=J zaczęło promować się jako pięcioosobowa grupa. 

[Drugi skład J=J, od lewej: Takagi SayukiUemura AkariMiyamoto KarinMiyazaki Yuka (liderka), Kanazawa Tomoko]

W takim składzie działały aż do 26 czerwca 2017. Tego dnia ogłoszono wielkie roszady w Hello!Project i do J=J trafiły dwie nowe członkinie - Yanagawa NanamiCountry Girls oraz Danbara Ruru, która do tej pory szkoliła się na idolkę. Więcej o historii grupy możecie przeczytać np. TUTAJ.

[J=J w najnowszym wydaniu, nowe członkinie w środku, bardziej z lewej - Yanagawa Nanami, bardziej z prawej - Danbara Ruru]

Ważną informacją dla tej historii jest to, że trasowa trasa koncertowa J=J została ogłoszona, gdy były jeszcze w pięć - C-ute w kwietniu na koncercie w Paryżu  zachęcały fanów na przybycie na ich koncert. Sprzedaż biletów też ruszyła przed dodaniem nowych. Ja również nastawiałam się na takie J=J i nie będę ukrywać, że zmiany w składzie nieprzypadły mi do gustu. W pewnym momencie straciłam nawet cały entuzjazm na myśl o tym wyjeździe. Ale bilety były już kupione (znowu dzięki niezastąpionej siostrze Irminy) i trzeba było się ogarnąć, bo dodanie nowych skomplikowało życie wszystkim, a organizatorom chyba najbardziej. Nowe członkinie są niepełnoletnie i nie mogą pracować po 22. Z tego powodu handshake, który organizowany był dla posiadaczy biletów premium, musiał odbyć się przed koncertem (co jak się później okazało nie było takim złym pomysłem).

Podróż do Paryża (i wszystko co działo się wcześniej)

W moim przypadku przygotowania do wyjazdu były całkiem spokojne. Razem z Irminą jechałam przecież do Paryża - ta sama trasa, samolot, paryskie metro, hotel (!), prawie ten sam chodnik, ci sami Francuzi w kolejce co w kwietniu- co mogło pójść nie tak? Oczywiście to nic, że nie miałam czasu ogarnąć interakcji w J=J i całej listy piosenek z koncertu z Meksyku, a imion dziewczyn nauczyłam się dopiero przed wylotem.
Podjęłam się równie ambitnego zadania sprezentowania im własnoręcznie uszytych zakładek. Pomysł teoretycznie dobry, jednak czasowo u mnie różnie i właśnie dlatego kończyłam je w pociągach (chyba nigdy nie wzbudziłam w ludziach takiego zainteresowania, niektórzy nawet nie udawali, że się gapią) i na samym lotnisku. Do pracy nad prezentami zagoniłam również młodszą siostrę, która miała za zadanie narysować na kopertach podobizny dziewczyn. Inne jej prace znajdziecie m.in. TUTAJ.

[Rysunki z kopert]
[Zakładki, na żywo wyglądały lepiej, ale i tak nie jestem z nich specjalnie zadowolona.]

Lot i podróż metrem odbyły się bez żadnych problemów. Niestety te zaczęły się po wejściu do hostelu. Ogólnie miało to być to samo miejsce co w kwietniu, ale zamiast drogiej celi dopłaciłyśmy, by mieć pokój o wyższym standardzie i bardziej ludzkie warunki (łazienkę i balkon w pokoju) - tyle w teorii. W rzeczywistości wyszło jak wyszło. Irmina miała wcześniej problemy z rezerwacją. Pierwszą odwołali, bo nie mogli przyjąć karty, a o odwołaniu drugiej system zapomniał poinformować i dowiedziałyśmy się tego dopiero od pań recepcjonistek. Tak, zostałyśmy bez noclegu. Pokój, który chciałyśmy był już zarezerwowany, pani zadzwoniła do innych miejsc, ale niewiele udało jej się wskórać. Ogólny przekaz brzmiał "radźcie sobie same, ale możecie skorzystać z naszego darmowego wifi". Wspomniała również, że możemy spróbować w hostelu obok, do którego nie ma numeru i nie wie jak tam z obłożeniem. Nie mając większego wyboru właśnie tam się udałyśmy (w wyobraźni już widziałam jak kulimy się na chodniku obok francuskich fanów, a Irmina była przecież chora, jeszcze mi by tak zeszła).
I to był strzał w dziesiątkę! Pan siedzący w recepcji po wnikliwych poszukiwaniach znalazł dla nas pokój, który okazał się tańszy nawet od celi z kwietnia. Oczywiście trzeba było zapłacić gotówką, no ale lepsze to niż siedzenie na chodniku. Wciśnięte do maleńkiej windy zaklinałyśmy nasz nowy pokój "oby było pościelone łóżko", "oby było okno","oby nie biegały w nim szczury" itd. Po walce z drzwiami przeszłyśmy próg naszego nowego pokoju i.... nie pamiętam kiedy się tak ostatnio cieszyłam! Pokój był bardzo duży, czysty, miał toaletę i wannę i to oddzielnie,  duże małżeńskie łóżko, aż trzy wyjścia na balkon, a za oknem widok z jednej strony na Wieżę Eiffla, a z drugiej na bazylikę Sacre Coen.
Później okazało się, że dostałyśmy największy pokój na piętrze, ale ponieważ ideały nie istnieją należy zaznaczyć, że w hotelu brakowało kuchni, co zmusiło nas na zmiany planów związanych z jedzeniem.
Kiedy emocje już opadły i udało nam się ogarnąć, czyli jakoś po 19 poszłyśmy do pobliskiego Carrefoura oraz pod miejsce koncertu, żeby dowiedzieć się jak tak tam kolejka. Oczywiście Francuzi (ci sami co na C-ute) już tam siedzieli - byli tam od 17. Wracając ze sklepu przez chwilę miałyśmy nadzieję, że policja ich przegania, bo stanowią zagrożenie, ale okazało się, że ten facet w odblaskowej kamizelce to kolejny francuski fan. Meh.
Nasz plan na kolejkę tym razem nie zakładał siedzenia na chodniku od 4 rano. Nastawiałyśmy się bardziej na coś ok. 15. Po pierwsze, J=J to nie C-ute, żeby tyle dla nich tam siedzieć; po drugie, Irmina była chora; po trzecie, kupiłyśmy bilety premium, więc miałyśmy zagwarantowane wcześniejsze wejście na salę i handshake; po czwarte, byłyśmy tylko we dwie. Rzeczywistość pokazała, że nasz plan był całkiem zacny.

BookOff
Następnego dnia po śniadanku (całkiem smacznym), ogarnięciu się, zajrzeniu co tam słychać w kolejce i odebraniu płyt AKB dla jednego polskiego fana od Maroussii - francuskiej fanki, która próbuje ściągnąć do Europy inną grupę z H!P - pojechałyśmy do BookOffu, czyli sklepu z używanymi książkami, płytami, grami itd. wśród asortymentu były też rzeczy z Japonii. 
Zaciesz pełną gębą, tym bardziej, że było bardzo dużo Arashi! Można się zastanawiać czy tak duża liczba Arashowych płyt jest wynikiem tego, że jest na nich popyt, czy też tego, że ludzie się ich pozbywają, ale to zagadnienie na inną notkę.
[kliknij, żeby powiększyć zdjęcie]
Przyznam, że przez chwilę nawet zgłupiałam, bo nie spodziewałam się tego aż tyle (a przy japońskim Bookoffie to podobno i tak nic) i chciałam zgarnąć te wszystkie płyty, by takie smutne i samotne tam nie leżały, ale głosik rozsądku przypomniał mi, że prawie wszystkie pieniądze poszły na hotel i muszę wrócić do bycia rozsądnym człowiekiem. A ile tam było limitek! Ten naburmuszony Nino z  LE "Monster" nadal siedzi mi w głowie. Tak szczerze, to jednak ceny nie powalały. Bardzo podobnie swoje płyty wyceniają ludzie np. na tumblr. Wśród tych raczej nowszych płyt znalazł się jeden unikat, którego nie mogłam tam zostawić. 
"Arashi No.1: Arashi wa Arashi wo Yobu", to pierwszy album Arashi. Wydany został w 2001 roku. Na aukcjach jego cena zaczyna się od 100 usd lub 10000 jpy. 20 euro to przy tym nic - oczywiście na tę cenę wpłyną brak oryginalnego pudełka i obi oraz typowe zgięcia od wsuwania i wysuwania książeczki, ale i tak było warto! 
["Nice Na Kokoro Iki"]
[LE DVD "Arafes" i koncertowe photobooki - te ostatnie trochę kusiły, ale to była bardziej ciekawość jak to wygląda w środku, niż rzeczywiste pragnienie posiadania]

Niestety rzeczy związanych z idolkami było niewiele, za to trafiłyśmy na fana C-ute, który nie miał pojęcia o koncercie Juice=Juice. x"D Kupił album C-ute. 

Oczywiście było sporo mang - w różnych językach i w różnych cenach. Poniżej jeszcze trochę zdjęć. 
Ciekawostka - pudełka z płytami są puste, krążki schowane są pod ladą przy kasie.

Kolejka
Po obiedzie, powrocie do hotelu i przebraniu się na koncert (bardziej Irmina się przebierała, ja założyłam tylko żółtą czapkę) poszłyśmy do kolejki.Było coś po 16. Sala była znacznie mniejsza niż na C-ute., więc i ludzi była mniej. Okazało się, że dziewczyny, które stały przed nami to siostry, które stały blisko nas na koncercie C-ute. Po nas przyszło jeszcze sporo osób. W pewnym momencie poszłam się rozejrzeć jak wygląda sytuacja na początku kolejki i co z francuskimi flagami, które miały być podpisywane i podarowane J=J. Tak się złożyło, że trafiłam na przyjazd zespołu. Musiałam trochę poskakać, ale zobaczyłam kilka dziewczyn, a najlepiej Sayuki, która wyszła z samochodu ostatnia. I to był ten moment, w którym zrozumiałam, że to będą zupełnie inne emocje niż na C-ute.
Później było podpisywanie francuskich flag. Każda z J=J miała dostać swoją. 
[Te fioletowe włosy na drugim zdjęciu to Irmina ;)]

Po sukcesie akcji z "Gamusha LIFE" (nasze śpiewanie można zobaczyć i usłyszeć TUTAJ, natomiast TUTAJ odpowiedź C-ute) pojawił się pomysł, żeby J=J też coś zaśpiewać. Postawiono na "Wonderful World". W kolejce rozdawano tekst piosenki i odniosłam wrażenie, że więcej osób ją ćwiczy. 
Nastawiając się na cebulę przy rozdawaniu płyt (lub innych rzeczy) przez Japończyków miałyśmy ze sobą pierniczki (Irmina) i krówki (ja). Kiedy doszłyśmy do wniosku, że nadszedł dobry czas na rozdanie tego Japończykom, pojawił się facet z obsługi koncertu i zaczął krzyczeć, żeby zrobić dwie kolejki - dla biletów premium i normalnych. Zrobiło się trochę zamieszania, z którego skorzystałyśmy. Przeskoczyłyśmy pół kolejki i znalazłyśmy się niedaleko wejścia i osób, które czekały od 8 rano. Było bardzo ciasno, a człowiek z obsługi czały czas kazał nam ustawić się bardziej do prawej i przytulać się do ściany.
Pojawił się jeden Japończyk z płytami. Irmina biegała i szukała innego, który miał przywieść dla mnie lighstick/Kingblade - 15 kolorów, tak wygląda w "akcji" - dzięki temu, że miała dla niego przygotowaną paczkę z książeczką o Polsce i słodyczami, dostałyśmy jeszcze płyty i zdjęcia. O zdobyczach napisze na samym końcu. 

Handshake
Po 18 otworzyły się drzwi, wyszedł ochroniarz od sprawdzania toreb i zaczęto się wpuszczenie.
Nim o najistotniejszych rzeczach, kilka słów wyjaśnień. Ponieważ idolki rządzą się swoimi prawami, musiałam zdecydować, która z dziewczyn zostanie moją oshi - czyli ulubioną członkinią. Choć do tej pory chętnie słuchałam piosenek J=J i wiedziałam, którą lubię bardziej, a którą mniej, nie miałam potrzeby szukania sobie ulubienicy. Po przedyskutowaniu całej sprawy z Irminą, razem doszłyśmy do wniosku, że będzie fajnie, jeśli będę bardziej wspierać Sayuki, kolor żółty. Irmina uczestniczyła w handshake J=J w Japonii i to właśnie ona zrobiła na niej najlepsze wrażenie, a moim zdaniem ma najlepszy głos, więc warto spróbować i zobaczyć jak to wyjdzie, jeśli coś będzie nie tak, to po koncercie zawsze można sobie zmienić ulubienicę, prawda?
Tak więc ubrana w żółty t-shirt i z żółtą czapką z daszkiem na głowie ruszyłam do wejścia, a w głowie próbowałam sobie przypomnieć wszystkie rzeczy, które chciałam im powiedzieć. Kiedy weszłam już do środka byłam lekko zdezorientowana. Ten klub był naprawdę malutki, poniżej schemat mojego autorstwa ;P
Szczerze mówiąc pierwsze co zobaczyłam po zejściu po schodach, to stanowisko dźwiękowców odgrodzone od reszty żelaznymi barierkami. Dopiero paniczne pytanie Irminy "Czy to Ruru czy Karin?" sprawiło, że spojrzałam w stronę tłumu i stołów za którymi stały dziewczyny z J=J. Spodziewałam się, że będą stały w innym pomieszczeniu, a tu niespodzianka i to nie pierwsza na tym handshake. Ustawiłyśmy się w kolejce, a później poszło już bardzo szybko.
Pierwsza była Danbara Ruru. Uścisnęłyśmy sobie dłonie, spojrzałyśmy w oczy... i mnie zatkało. Ten pierwszy kontakt.  Przez chwilę nie mogłam sobie przypomnieć, co chciała jej powiedzieć, a ona wpatrywała się we mnie wyczekująco. W końcu sobie przypomniałam i połamanym japońskim powiedziałam jej, "że to też mój pierwszy koncert". Zareagowała. Jest mega urocza i na żywo wygląda zdecydowanie lepiej niż na zdjęciach (chyba jeszcze musi potrenować pozowanie).

Yanagawa Nanami jej chciałam powiedzieć to samo, co Ruru, ale nie jestem pewna czy mi się udało. Wydaje mi się, że to własnie ona powiedziała do mnie "merci", ale ręki sobie za to odciąć nie dam. Ogólnie nie zauważyłam, żeby jakoś szczególnie zareagowała.
Uemura Akari - pogratulowałam jej światowej trasy koncertowej, na co ona się tak śmiesznie zawstydziła i ucieszyła - jedną dłonią zakryła sobie usta, tak jakby nie spodziewała się, że ktoś może powiedzieć do niej coś takiego. Przez chwilę żałowałam, że nie ubrałam się na zielono, bo Akari była moją drugą kandydatką na oshi. Powiedziałam jej też, że jest "yasashii senpai" czy coś w tym stylu, bo wcześniej była najmłodsza, a teraz już pełni inną funkcje w grupie. 
Miyamoto Karin - jej również pogratulowałam światowej trasy i chyba to właśnie jej powiedziała, że jestem z Polski. Jakiś szczególnych reakcji niestety nie zauważyłam.
W tym momencie objawiła mi się liderka, 
Miyazaki Yuka. Byłam przekonana, że będą stały od najmniej wprawionej na scenie (Ruru jest starsza od Nanami, ale ta ostatnia ma już na koncie oficjalny debiut, więc jest wyżej w hierarchii) do najstarszej. Tak było przecież w Meksyku! Byłam tak zaskoczona widokiem Yuki, że prawdopodobnie tylko jej pogratulowałam. 
Zaczęłam też czuć szarpnięcie i już przesunęli mnie do Kanazawy Tomoko. Prawdopodobnie powiedziałam jej tylko "dziękuję", nawet nie pamiętam jej twarzy, reakcji czy uścisku ręki. Ona była na tym handshake jak mrugnięcie.
Na końcu stała Takagi Sayuki. Pogratulowałam jej światowej trasy koncertowej, a ona zaczęła pokazywać na moją żółtą czapkę, a ja też zaczełam pokazywać na czapkę - zaczęłyśmy się porozumiewać na migi, aż w końcu wyrzuciłam z siebie "oshi" i z czapki pokazałam na nią. Szeroko się do mnie uśmiechnęła. Mogłybyśmy jeszcze długo tak stać, ale zaczęto mnie ciągnąć dalej. Tak nie mogłyśmy się rozstać, że prawie nie wzięłam bookletu z autografami, który był dodawany do biletu premium. 
Wszystko odbyło się dwa razy szybciej niż na C-ute. I szczerze mówiąc po wszystkim nie czułam żadnych skrajnych emocji. Byłam zadowolona i szczęśliwa, ale nie na tyle, by z tego szczęścia płakać czy coś. Nauczyłam się za to jednej rzeczy - w takim tempie nie da rady ogarnąć wszystkich, najlepiej się skupić na tych, na których nam najbardziej zależny i to przy nich naginać czas do maksimum.
Później było szukanie miejsca, z którego będzie coś widać, bo oczywiście wielki Francuz i jego znajomi zajęli pierwszy rząd po środku. 
Na schemacie powyżej mniej więcej widać, gdzie stałyśmy - był to ok. 4 rząd z lewej. Tuż za Maroussią i jej znajomymi. W tle leciały piosenki z radia meh, aż dziwne, że nikt nie wpadł na pomysł puszczenia czegoś z J=J.
Kiedy trwał jeszcze handshake, ludzie, którzy już stali pod sceną zaczęli wykrzykiwać imiona swoich oshi - moim zdaniem to było irytujące. Rozumiem, że ciężko ustać i ludzie zaczynają się niecierpliwić, ale kiedy oni mieli swoje sekundy sam na sam z zespołem, nikt nie zakłócał i nie rozpraszał nikogo krzykiem. 
Przygotowania do koncertu trwały. Handshake się skończył. Od czasu do czasu na scenie zaczął pojawiać się staff (chyba kobieta). Tak mi się wydaje, że to znudzona ja pierwsza dość głośno powiedziałam "staff-san". A później poszło już samo xD

Koncert
W pierwszej chwili nie załapałam, że to już XD. Nagle puścili inną muzykę. Jakieś cienie pojawiły się na scenie i zaczęły tańczyć. Szybko się okazało, że z mojego miejsca widzę tylko lewy kawałek sceny, a jak wyciągnę szyję to jeszcze minimalnie środek. 
1. Fiesta! Fiesta! 
Zaczęły bardzo mocnym kawałkiem, a jednocześnie jedyną piosenką nagraną w nowym składzie. Przez większość piosenki najlepiej widziałam nowe członkinie, które były bardzo skupione i spięte. Kiedy Sayuki pojawiła się z tej strony sceny nawiązałyśmy pierwszy kontakt wzrokowy :D 

2. Hadaka no Hadaka no Hadaka no KISS
Jak ja kiedyś szalałam za tą piosenką xD To przy niej wyszło, że dziewczyny w siódemkę ledwo mieszczą się na scenie, a ja ma problem z okrzykami. Ich piosenki są zupełnie inaczej pisane niż C-ute czy Morning Musume. 

3. Date ja nai yo Uchi no Jinsei wa
Plan był taki, że razem z Irminą nauczymy się tego układu i będziemy tańcować stojąc w kolejce. Coś nam jednak to stanie w kolejce nie wyszło za długie, więc nikt nie miał jeszcze okazji podziwiać naszych popisów tanecznych, bo układ już prawie do połowy jest opanowany ;) Super było usłyszeć tę piosenkę na żywo. Ręka trzymająca lightstick sama tańczyły. I udało się nawiązać kolejny kontakt wzrokowy. :D
4. MC
Bardzo krótkie. Tylko się przedstawiły.
5. Hajimete wo Keikenchuu
6. Ça va ? Ça va ?
Piosenka, której nie mogło zabraknąć. Odniosłam wrażenie, że podczas tej piosenki, kiedy wszyscy byliśmy Francuzami, nastąpiło prawdziwe zjednoczenie z zespołem. Twarze dziewczyn aż promieniały ze szczęścia. Dla tego widoku warto było tam być.
7. Tick-Tock Watashi no Shun
Podczas tej piosenki mimika Sayuki pobiła wszystko co działo się na scenie.

8. Jidanda Dance
Piosenka, na którą czekałam. Piosenka, która nie daje mi żyć, bo wwierciła się w moją głowę i nawet nie myśli o tym, żeby z niej wyjść. Na scenie szaleństwo. Dziewczyny nawet ubrały się w coś na wzór krótkiej yukaty. Pamiętam, że w czasie refrenu z naszej strony była Yuka, która prawdopodobnie zauważyła, że z Irminą krzyżujemy nasze lightsticki w monecie, w którym część z nich robi to w układzie. Świetna zabawa.

9. MC 
Zdecydowanie dłuższe niż wcześniej. Tutaj powiedziały, że kręciły teledysk do Ça va ? Ça va ? w Paryżu.
10. Ai・Ai・Gasa
11. KEEP ON Joshou Shikou!!
12. Romance no TochuuCo tu dużo pisać, moja ulubiona piosenka. Ręce same chciały tańczyć. A skoro już świeciłam się na żółto, to próbowałam dostosować podnoszenie ręki tego co robi Sayuki. Różnie wychodziło :P
13. CHOICE & CHANCE
14. Samidare Bijo ga Samidareru
15. Watashi ga Iu Mae ni Dakishimenakya nePierwsza piosenka Juice=Juice, wydały ją jeszcze przed oficjalnym debiutem. Tak nostalgicznie. Nawet zaśpiewały ją w pierwszej wersji. Tę poprzednią piosenkę zresztą też.
16. Goal ~Ashita wa Acchi da yo~Moje największe, pozytywne, muzyczne zaskoczenie. To jedna z tych piosnek do machania i interakcji z widownią. I te wszystkie okrzyki typu "wow wow wow". Chyba trzeba to przeżyć samemu, żeby docenić.Encore
Dziewczyny zeszły ze sceny, żeby zmienić kostiumy i odsapnąć. Po chwili nawoływania, zgodnie z planem zaśpiewaliśmy 
"Wonderful World". Tylko raz co było moim zdaniem błędem, no ale może chociaż się nagrało i dodadzą to na DVD.

17. Ijiwaru Shinai de Dakishimete yo
18. Magic of Love (J=J 2015Ver.)
Kolejna piosenka, która świetnie wypada na koncertach i bardzo łatwo było o interakcje.Co najważniejsze, nauczyłam się jak składać palce w "J" x"D.

19. MCZdecydowanie najdłuższe MC. Każda z dziewczyn wystąpiła z mową pożegnalną. Nikt nie próbował ich tłumaczyć nawet na francuski. Kiedy kończyły widownia krzyczała ich imię - było zabawnie, szczególnie przy Ruru, która była pierwsza i autentycznie została tym zaskoczona. Akari pokazała swoją zwariowaną stronę, a Sayuki czekając na swoją kolej ukradkiem ocierała łezki. Niestety żadna z nich nie wspomniała o naszych wokalnych popisach.
20. Wonderful World (Japanese Ver.) ~ Wonderful World (English Ver.)
Pierwszą zwrotkę i refren zaśpiewały po japońsku, drugą po angielsku. Wyszło całkiem zgrabnie.
Ukłoniły się, pożegnały i pomachały i to był już koniec, choć przez chwilę próbowaliśmy je wyciągnąć na scenę.
Wrażenia ogólne:
- Jak już pisałam wyżej, widziałam tylko fragment sceny, a co za tym idzie patrzyłam tylko na te dziewczyny, które akurat się tam znajdowały. Niestety nie jestem w stanie napisać, jak sobie radzą tanecznie jako grupa.
- Odniosłam wrażenie, że to był bardzo szybki koncert.
- Przede mną stała dość wysoka fanka Ruru, która trochę zasłaniała mi widok swoją głową. Przez to strasznie się kręciłam i spychałam Irminę na ścianę, przepraszam.
- To był mój pierwszy raz z lighstickiem i powiem szczerze, że nie byłam na to gotowa. Machanie tym wymaga więcej siły i większej koordynacji - tak, zdzieliłam kilka osób w głowę. Przed następnym koncertem poćwiczę.
- Okrzyki w piosenkach Juice=Juice nie są intuicyjne i tu nie chodzi nawet o to, że teraz inaczej są podzielone partie. Często było tak, że chciałam krzyknąć imię, a reszta widowni nie.
- Nie krzyczy się imion tylko dziwne przezwiska. Yuka~nyan, serio?
Danbara Ruru - zdecydowanie najczęściej była z mojej strony. Na początku troszkę onieśmielona, ale z czasem się rozluźniła i zaczęła posyłać widowni swoje urocze uśmiechy. Przyznam, że były chwile kiedy chciałam zmienić światełko na pomarańczowe, ale pamiętałam, że nie wypada tak zdradzać swojej oshi i tego nie zrobiłam (to, że miałam kilka problemów z lighstickiem nie ma z tym nic wspólnego).
Yanagawa Nanami - tak szczerze pisząc, wiem, że tam była, że tańczyła nawet kilka razy z mojej strony, ale jej nie pamiętam.
Uemura Akari - jak dla mnie za rzadko ją widziałam. Jeśli już się pojawiała to na chwilę. Udało mi się z nią nawiązać króciutki kontakt wzrokowy. Mam wrażenie, że ona jest tym typem, który musi się mocno skupić, żeby czegoś nie zapomnieć i kiedy ma już prawie wszystko z głowy coś w niej puszcza i zaczyna się mieszać jak podczas MC. 
Miyamoto Karin - nigdy za nią szczególnie nie przepadałam, ale muszę przyznać, że bardzo miło patrzyło się na jej interakcje z Irminą.  Ujęła mnie tym, że prawie zleciała ze sceny, żeby do niej pomachać. W Japonii jest zdecydowanym numerem jeden w zespole, ale za granicą ma bardzo mało fanów, aż mi jej się szkoda zrobiło, bo naprawdę dawała z siebie wszystko. Ma też super słodki głos. U mnie bardzo na plus po tym koncercie.
Takagi Sayuki - nie żałuję, że wybrałam ją sobie na oshi. Jest super! Miałam z nią kilka interakcji i wiedziałam, że to co robi skierowane jest na mnie. Widać, że świetnie odnajduje się na scenie. Jej głos wymiata. Nie widzisz jej, ale wiesz, że to właśnie ona śpiewa. Chcę ją usłyszeć jeszcze raz. I te łezki na końcu, aż chcę ją uściskać i powiedzieć, że wykonała świetną robotę.
Kanazawy Tomoko - nie potrafię jej rozgryźć. Była zimna i niedostępna dla osób, które nie są jej fanami. Widziałam jak wchodzi w interakcje z czerwonym fanem i to też wydawało się takie zimne. Nie wiem co myśleć, tym bardziej, że czerwonych fanów była naprawdę dużo. Może miała gorszy dzień... chciałabym zobaczyć ją jeszcze raz, żeby zweryfikować te wrażenia.
Miyazaki Yuka - przed koncertem uważałam, że jest taka nijaka, po koncercie nadal tak uważam. Jednak muszę stwierdzić, że jest słodka i dobrze, że dostała różowy kolor, pasuje jej. Dostałam od niej kilka ślicznych uśmiechów.
- Juice=Juice bardzo dobrze brzmią na żywo. Nawet te teoretycznie słabsze głosy dają radę.
- Było warto wybrać się na ten koncert. To była bardzo dobra zabawa.

Po tym jak zespół zszedł ze sceny, nikt nas specjalnie nie wyganiał. Miałyśmy jeszcze te krówki, których nie zdążyłyśmy rozdać, więc poczęstowałyśmy kilku Japończyków. 
Zostały nam też prezenty, które naszykowałam dla J=J. Szukałyśmy jakiegoś pudełka na podarki, ale niczego takiego nie było widać. Przy stoisku z goodsami też nic (tak swoją drogą nie sprzedały się tylko saszetki/kosmetyczki i komplet zdjęć, koszulek już nie było). Irmina spytała się stojącej tam kobiety, komu możemy przekazać te koperty. Pani wskazała nam stojącego niedaleko Japończyka. Irmina wytłumaczyła mu o co chodzi. Wziął koperty. (Yeah!!!) Ale tu się zaczyna zabawa, bo w ramach podziękowania Irmina chciała go poczęstować krówkami. A on tę brzydką, porwaną siateczkę z tymi cukierkami, których było nie więcej niż pięć, też wziął. Pomyślał, że to też dla dziewczyn. My w lekką panikę, bo nie wiemy co robić, a tych krówek dla wszystkich nie starczy! Pozostało nam grzecznie się oddalić i obserwować co on zrobi z tymi kopertami. Wywali do pobliskiego kosza? Zje krówki? Panika...
Po kilku chwilach przyszedł "pan fotograf", który robił zdjęcia fanom podczas koncertu C-ute. Ten pierwszy mu dał te koperty. Widać było, że "pan fotograf" je ogląda. Ale co dalej? Robimy zdjęcia! Niech będzie dowód, że miał je w ręce xD
Widziałyśmy jak zanosi te koperty na zaplecze! Chciałyśmy iść za nim, ale ochrona akurat w tym momencie zaczęła wypraszać ludzi.
Lubię myśleć, że one je dostały. Zaczęłam nawet bardziej obserwować ich bloga, może coś w tle się pojawi, ale jak do tej pory nic.
Wyszłyśmy i przez chwilę zastanawiałyśmy się czy zostać i czekać aż wyjdą. Bardzo szybko zdecydowałyśmy, że jednak jesteśmy za bardzo zmęczone i wróciłyśmy do hotelu. Tam wpiłyśmy gorącą czekoladę z automatu, obejrzałyśmy nasze "zdobycze" i już w łóżku wymieniałyśmy się wrażeniami.
Następnego dnia, po wymeldowaniu się z hotelu zrobiłyśmy sobie zdjęcie pod klubem - my już czekamy na kolejną grupę.
A teraz troszkę o tym co dla niektórych najciekawsze, czyli o płytowych i nie tylko łupach.
1. Booklet - książeczka liczy sobie 16 stron, jest wykonana z fajnego, śliskiego papieru i co najważniejsze została podpisana przez J=J. Jedyna rzecz, do której można się przyczepić to język. Wszystko jest po japońsku! Rozumiem, że ciężko ogarnąć języki wszystkich krajów , ale chociaż po angielsku. Oby to była jednorazowa wpadka i przy następnym World Tour się poprawili.

2. Płyty - w porównaniu do tego co działo się przed C-ute było niewiele rozdawania. Z torba pełną singli przeszedł tylko jeden Japończyk (cebula marudzi). 


Box widoczny na zdjęciu Irmina dostała właśnie od tego Japończyka, który załatwiał mi lighstick. Z tego co mi wiadomo w oryginale sprzedawane są tak wszystkie wersje danego singla. Ten klocek śmiesznie się prezentuje na półce. Wśród singli jest też jeden w wersji limitowanej, z dodatkowym DVD. Chyba jestem przyzwyczajona do innych standartów, bo oglądajac go czułam się rozczarowana. W środku jest tylko wkładka z tekstem piosenek oraz zdjęcie z tych nie wiesz na kogo trafisz. Bardzo brakuje mi bookletu jak w singlach Arashi.
A tak szczerze już sobie zrobiłam półkę na płyty H!P, bo na tej pierwszej już nie ma dla nich miejsca :P
3. Zdjęcia - Irmina była tak miła i wybrała dla mnie Sayuki. Dziękuję <3
To małe zdjęcie jest właśnie z singla. Jak tak dalej pójdzie to będę musiała założyć sobie jakiś album xD

wtorek, 2 maja 2017

[RELACJA]°C-ute Cutie Circuit ~De retour à Paris~

Po tak długiej przerwie wracam z nietypową notką. Udało mi się spełnić jedno z marzeń i byłam na koncercie mojej ulubionej grupy idolek °C-ute! Koncert odbył się 16 kwietnia w La Cigale w Paryżu, a towarzyszący mu fanmeeting dzień później .
[Yeah! Radocha! :D]